czwartek, 4 grudnia 2008

wszystkie drogi prowadzą do jeri




kliknij, by zobaczyć fotki z podróży do jericoacoary oraz barra grande
po wyjeździe pierwszej ekipy treningowej zostaliśmy w 8 osób.po zalogowaniu się na jedną noc w paracuru postanowiliśmy nad ranem wyruszyć do jericoacoary, raju na ziemi - jak stwierdziła kiedyś julcia,pierwsza instruktorka kajta w jeri (do tego z aloha team).
wcześnie rano zaliczyliśmy pływanko w lagoinhii, która do godziny 11 była tylko dla nas. ponieważ odpływ układał się w środku dnia,a chcieliśmy jechać ile się da plażą, musieliśmy się zwijać.
przez rzeczkę prowadzącą do guajiru przejechaliśmy bez problemu. po drodze na plaży w guajiru spotkaliśmy marchewę i księcia. wstąpimy do nich w drodze powrotnej odstawiając tomasa i lenę.
dalej przebitka przez rozlewiska w mundau tratwą, napędzana czymś, co przypominało spieniacz do mleka.

do jericoacoary niełatwo jest dotrzeć. wiedzieliśmy już wcześniej,że
drogowskazy zamazują miejscowi przewodnicy,chcący zarobić na zabłąkanych turystach. nie daliśmy się jednak zwieźć tym machającym do nas i wykrzykującym postaciom, które jak poparzone wyskakiwały na drogę. chłopcy postanowili dotrzeć do jeri sami!
czy obraliśmy jedyną drogę? chyba nie,ale zorientowaliśmy się,że wszystkie drogi prowadzą do jeri po niezłym ruchu panującym wśród wydm.

najzabawniejsze jest to,że w pewnych miejscach nasze 4*4 radziło sobie średnio, a do jeri można z pomocą przewodnika dojechać samochodem osobowym!

w jeri znaleźliśmy pousadę z widokiem na spot surfingowy.falki nie były duże,ale zato super czyste, gdyż wiatr w jeri układa się side-offshorowo.
po sesyjce udaliśmy się na pobliski spot w tatajubie. słodkowodna laguna wyglądała obiecująco, ale wiatr przechodzący przez wydmę okazał się niestety nierówny.